← Wróć do bloga
blog

kosmita co zamieszkał

22 lipca 2026

Dokładnie nie wiem kiedy to będzie. Często wyobrażam sobie tę chwilę. Oto ona. Jedna z wersji chwil, która się wydarzy lub nigdy nie.

Wchodzę do łazienki. Pachnie wilgocią i starym szarym mydłem. Z sufitu zwisa sznurek z czerwonym plastikowym kółeczkiem. Jeszcze go nie widzę, ale wiem, że tam jest. Wisi tam długo, tyle samo co stara żarówka w oprawce, która nigdy nie zasłużyła na klosz. Wisi tak bezwstydnie naga od lat. Pamięć mięśniowa pozwala mi znaleźć sznurek. Pociągam za postrzępioną linkę z konopi. Mrok jak oślepione zwierzę cofa się w ciemny kąt, w szczelinę między starymi kaflami, wciska się w wyszczerbioną brudną fugę. Światłość za to rozpycha się łokciami i bezczelnie wpycha stopę w drzwi. Nie odpuszcza.

Zanim oczy się przyzwyczają, widzę przez chwilę obraz nieostry, odbity jak w lustrze zaparowanym po gorącej kąpieli. Para ustępuje. Patrzę w kawałek prawdomównej szyby pokrytej azotanem srebra. Światło odbite. Skóra wymięta jak stare prześcieradło zwisa z kości. Pod palcami przesuwa się, jakby nie była do niczego przymocowana. Oczy ledwo widoczne spod powiek, które przypominają stare za długie zasłony leżące na ziemi. Nie dowierzam w to, co widzę. Obraz zupełnie nie pasuje do tego, co myślę. Oszustwo! Krzyczę bez dźwięku. Zapach też jakiś inny, zupełnie jak u dziadka, gdy właziłem do jego starej szafy, której dawno nikt nie otwierał.

Kim Ty jesteś?! I co tu robisz? Widzę jego czułki. Chwytam sztywnymi palcami za kurek. Słyszę ciche trzeszczenie stawów, jakby ktoś łamał stare, suche gałęzie leżące w ogrodzie. Ręce też nie moje! Zimna woda nie sprawia, że budzę się ze snu. Wlewam garściami lodowatą wodę na stare prześcieradło. Trę rękoma skórę, pracując mocno. Bez skutku. Jak to możliwe? Kiedy?

Źrenice tak puste, bez blasku, jak stare guziki w za dużej marynarce. Biel jakby żółta, i żyłki popękane. Wyraźnie to widzę. Nie ma mowy o pomyłce. Nic się nie zgadza. To nie ma związku z osobą, którą jestem. Chwytam ze złością za sznurek i mrok natychmiast zrywa się z kąta i rękoma wypycha za drzwi prawdomówną jasność. Mrok się uśmiecha, a ja na chwilę zapominam. W ustach sucho jak po przebudzeniu z długiego koszmarnego snu. Ale zaraz?! Moje zęby! Szukam ich językiem i liczę. Sprawdzam nerwowo i przeliczam, czy kasa w sejfie się zgadza.

Tak lepiej. Za chwilę znów ciągnę za sznurek. Mrok wyraźnie wkurwiony tą dziecinną zabawą. To samo. Ten sam odbity obraz i gęba ta sama. Szarpie za sznurek z wściekłością: ciemno, jasno, ciemno, jasno. Szlag! Sznurek już wyżyna się w palce, a żarówka ledwo dyszy. Zaraz pęknie ze złości. Taka jest prawda, starcze! Kosmita krzyczy! Pluje mi prosto w pomarszczony ryj. W to prześcieradło podarte. Kurwa! Krzyczę. Wychodzę. Pierdolę, nie będę na to patrzył. Na tego obcego w lustrze. Jebany zamieszkał w lustrze. Kuśtykam w laczkach wytartych, dziurawych, ulubionych. Szuram po wytartej podłodze z winylowych tanich paneli. Szuru, szuru. Nie mogę wymazać obcego obrazu z pamięci. Tłukę w głowę suchymi dłońmi. Wypad! Kurwa! Mamroczę. Za chwilę zapomnę. Właściwie już nie pamiętam. Dokąd ja idę?

Nie ma gdzie uciec. Nie ma ratunku. Ten dżin opuścił już swoją lampę. Nic tego nie zmieni. Ten dzień nadszedł. Twój też nadejdzie. Kiedy? Wiem kiedy. Wiem na pewno. Wcześniej niż myślisz. Wtedy, kiedy się nie spodziewasz. Kiedy będzie za późno. Kiedy nic nie da już naprawić. Kiedy nie będziesz gotowy. Kiedy szarpiesz za sznurek. Wtedy zrozumiesz.

Kupię sobie nowe kapcie. I tyle. Wystawię to lustro z kosmitą za drzwi, na śmietnik. I spokój będzie. Już nie potrzebny mi ten srebrny obraz, koślawy. Źle odbija. Nic się nie zgadza. Zepsute. Zjebane. No mówię, przecież. Nie słuchasz. Zepsute.

I jedna myśl mi tylko w potylicę kołacze. Jak sąsiad co w drzwi mi wali, gdy muzykę za głośno puszczam. Zmarnowałem to życie? Życie jest nędzne przecież. Czy można więc je zmarnować? I po co to wszystko? Zmęczony, w fotelu bujanym osiadam, skrzypiącym z wikliny starej, umarłej. Ktoś coś do mnie mówi. Uśmiecha się i głaszcze. Kim są ci ludzie i co tutaj robią?

Rano znów wstanę, pociągnę za sznurek i lustro przypomni, że zapomniałem je oddać, wyrzucić. Kosmita mi powie, i rzuci odważnie, że koniec już blisko. Pan Mrok zadowolony w końcu będzie. Żarówka wciąż dynda, ze sznurkiem się buja. Choć kiedyś też pęknie i zgaśnie.

Jeśli będziesz miał szczęście, to może pewnego dnia obudzisz się stary. Jeśli nie padniesz wcześniej jak kłoda trupem, ścięta toporem. Serce wysiądzie, zmęczone. Zastygnie. Szczęście w nieszczęściu. Nie poznasz kosmity. Nie zobaczysz go w lustrze.

Nie wejdę dziś do łazienki. Nie chcę go widzieć. Bo po co? Czy my się znamy?

Nie zwlekaj. Żyj. (to do siebie piszę - Ty zrobisz jak uważasz) - o ile tu dotarłeś.

Zostaw maila. Odezwę się, kiedy będzie o czymś.