Człowiek może się jebać?
Czasem jedno słowo. Jedno zdanie może odmienić wszystko. Od wkurwu, który czujesz w kościach po uśmiech Jokera, który rozrywa twarz. To sprawia, że przypominam sobie tym, że słowa mają moc. Ogromną. Niedocenianą. Słowo może być jak kula wystrzelona z rewolweru. Potrafi rozerwać człowieka na strzępy, zadać ból i ranić nawet zabić. Inne z kolei, wypowiedziane, przytulić, zbudować, wzmocnić, otworzyć, uleczyć. Cuda panie.
Poranek był w zasadzie zwykły, nic szczególnego. Ptaki przy karmnikach o stałej godzinie. Wiewiórki obczajały jak zwykle czy są nowe orzechy. Lekki wiatr tarmosił czubki wysokich sosen. A ja? Podkurwiony. Nie wiadomo czemu. A właściwie to wiadomo. Nie oszukuj się Borucki.
Mój program z dzieciństwa załadował się bez pytania i znów wjebał mnie na tę minę. Zadowalaj wszystkich. Zawsze. Za wszelką cenę. Bądź miły. Nawet jeśli musisz zapomnieć o tym, kim jesteś - do it!. Nawet jeśli musisz zrobić coś, czego w ogóle nie chciałeś robić - do it!. Jak zawsze. Jak pies, który wraca za każdym razem kiedy zjebany właściciel kopie go kolejny raz. Jak to się kurwa stało?! Tyle razy to ćwiczyłem. Trenowałem. Jak zachowywać się w podobnych sytuacjach. I nic. Dzień świstaka.
Żeby sobie umilić. Żeby zapomnieć na chwilę, że jestem czyjąś marionetką we własnym życiu, postanawiam kupić 4-pak coca-cola zero. Żal. Nastawiony anty. Anty ludzko. Anty kontakt. Anty wszystko, co oddycha. Wpadam na parking przy lokalnym Dino. Kto nazywa siec marketów Dino? Ja pierdole nie przestaje mnie to zadziwiać. Żeby one jeszcze jakieś wielkie były. Ogrzewane.
I wtedy widzę kątem oka, że zbliża się do mnie stary wiking. Idzie do mnie. Kroczy w moim kierunku, mimo iż na parkingu inni ludzie. Jakby kierował nim niewidzialny algorytm. Idealnie spersonalizowana reklama, która wie o tobie więcej niż ty sam. Idzie. Patrzy. Kroczy.
Przybieram postawę obronną. Anty. Mówię wprost: Ragnarze nic dziś nie ugrasz, jestem wkurwiony, zły i w ogóle gówno. Szykuję się do ucieczki. Zapach potu wikińskiego motywuje mnie lepiej niż niejeden guru od samorealizacji.. Ragnar otwiera ramiona. Szeroko. W geście przyjaźni, którego totalnie nie rozumiem. Mówi a raczej rzecze spokojnie: mogę Cię wysłuchać, jak chcesz, opowiedz mi o tym. Uśmiecha się, a nie powinien.
Macham ręką jak speszony idiota i czmycham między półki. Panie z Dino, wychodząc na zewnątrz krzyczą: idź sobie! Nie wolno tu żebrać! Wzywamy policję! A mnie nagle gdzieś trafia między działem niezdrowych, ale moich ulubionych żelków Haribo a pieczywem napchanym glutenem. Wypowiedziane słowa trafiają na moją korę szarą w miejsce, gdzie chowam wszystko, co prawdziwe. I kurwa co? BUM! Zaczynam się uśmiechać. Ładuję bezwiednie te zakupy i śmieję się do siebie jak pojeb. Dobra jeszcze sokoliki. Dzięki nim żyję. Są dla mnie jak wódka dla Bukowskiego - taka tania.
Wychodzę. Bez słowa daję mu 20 zł (słownie: dwadzieścia złotych) I spierdalam. Uciekam przed człowiekiem, który chce mnie wysłuchać. Patrzę we wsteczne lusterko. Uśmiecha się. Macha. Ja też macham, o mało nie przyjebałem w paczkomat.
Każdy szczęśliwy, chociaż na chwilę. Każdy w swoim kierunku. On z dwudziestką wkracza jak król do Dino. Ja odmieniony. 20 zł kurwa! (dwadzieścia złotych) Nawet nie wiem po ile jest wódka - jednak nisko upadłem.
Jadę i karcę się w duchu. Ten człowiek ma jakąś historię. Przecież nie wyszedł z pierdolonej ziemi już jako żul. Może był dla wszystkich miły. Za miły. Nie potrafił walczyć o swoje. Zajebały go programy wgrane w dzieciństwie przez nadopiekuńczą matkę. Nie umiał powiedzieć: nie. I tak skończył. Pod Dino. Z wyciągniętą ręką i gęstą długą brodą. Ale dlaczego skończył? Przecież on jeszcze żyje. Dycha. Ma uczucia. Czuje głód i zimno. Ma serce, które bije.
Mogę Cię wysłuchać – powiedział Ragnar. Trzy słowa. I zrobił mi kurwa dzień. I to nie była kula. Wymierzona we mnie. Właśnie spotkałem Żula terapeutę. Bez certyfikatu. Bez biura na dziesiątym piętrze wieżowca. Bez ślinotoku na widok kasy i bez stopera w ręku.
Czasem czuję wstyd, że narzekam. Że wkurwiam się na drobne gówna. Mam co jeść. Gdzie mieszkać. Własny powóz nawet. Inni nie mają nic. Często tylko ciężką historię za sobą - z sobą. Ból. Rozpacz. No i: no hope. Zero nadziei. Zero jutro. Zero. Nic. Nie wiem jakie słowo jeszcze bardziej oddaje nic. Zamknij na chwile oczy i wyobraź sobie, że masz tylko to, co masz na sobie. Spodnie , koszule i rozjebane stare trampki.
Dziś zachowałem się jak ostatni chuj. Uciekłem przed człowiekiem, który chciał słuchać. Który może był głodny. I tak wiem, mial ręce i nogi - przecież może zapierdalać.
Nic o nim nie wiem. Byłem tak wkurwiony, tak skupiony na swoim małym gównie, że nawet nie oceniłem go po okładce, nie zobaczyłem człowieka. Jakby tak pomyśleć to bardziej troszczę się o ptaki niż o człowieka. Napełniam karmiki o stałej godzinie. Dbam, żeby miały ziarno. Czasem i wiewiórka skorzysta. A człowiek? Człowiek może się jebać?
Dam sobie w ryj. Będę szczery. Nie będę się wstydził swoich myśli. Bo jestem człowiekiem. Popełniam błędy. Człowiekiem jestem, nieświętym. Mam wady, zalety pragnienia i wkurwy. Jestem całym tym gównem i pięknem zarazem. Ale sztuką jest przyznać się do błędu, bo nie ma nic, czego nie można naprawić. Poza śmiercią. Wtedy naprawdę jest za późno. (Tęsknie - Diego, aż boli)
Tak bardzo uwierzyliśmy w swój wizerunek. W fasadę, którą budujemy na Instagramie, Facebooku i LinkedIn, że zapominamy, kim jesteśmy naprawdę. Pod spodem. Odklejeni od świata. Od prawdy. Od siebie. Halucynujemy w cyfrowym bagnie.
Wracam do tego co obiecałem. Do zadań. Do obowiązków. Często prośby innych i mój zjebany program dos, stoją na przeszkodzie mojego sukcesu. Lecz słowo się rzekło. Chuj. Następnym razem będę mądrzejszy. I tak w kółko.
Siedzę i myślę. 20 zł za terapeutę (dwadzieścia złotych) i dobre słowo. Hm. To chyba nie dużo. Jedno zdanie. Jeden gest. Jedno spojrzenie.
Nie zrobiłem mu zdjęcia. Nie pomyślałem. Byłem zajęty ucieczką. Teraz już nikt mi w to nie uwierzy.
Jebać.
PS: Ciekawe, jaką ma moc poszczególne słowo? Zastanawiam się. Nawet nie wiedziałem, że wszystkie słowa są już przebadane! Naukowcy. Psychologowie. Marketingowcy. Wszyscy kurwa je przebadali. Stworzyli listy. Klasyfikacje. Top 10. Najsilniejsze. Najskuteczniejsze. Te, które aktywują dopaminę, które uruchamiają ciało migdałowate. Które sprawiają, że kupujesz. Że działasz. Że czujesz. Żyjesz. Oddychasz.
I co jest na pierwszym miejscu ? Tej listy?
YOU. TY.
Nie DARMOWY. Nie TERAZ. Nie SEKRET czy LIMITED EDITION.
TY.
Najbardziej osobiste słowo aktywuje obszary mózgu związane z tożsamością. Sprawia, że przekaz staje się osobisty zamiast ogólny. Należy do systemu społecznego. Oxytocyna. Ewolucja: plemię równa się bezpieczeństwo. Widzenie równa się przynależność. WoW!
Spocony Ragnar nie powiedział: mogę kogoś wysłuchać. Nie powiedział: ludzie potrzebują rozmowy. Powiedział: mogę Cię wysłuchać.
Trzy słowa. Ale to jedno. TY. CIEBIE. To jedno zrobiło robotę. Trafiło prosto w rdzeń. W miejsce, gdzie siedzę sam. Gdzie jestem tylko JA. I nagle ktoś widzi. Właśnie MNIE. Nie człowieka. Nie klienta. Nie przechodnia. Mnie kurwa. Piotra.
Wiking pod Dino wiedział więcej o mocy słów, niż wszyscy copywriterzy razem do kupy(gówna) wzięci. Nie miał certyfikatu oprawionego w ramkę, dumnie wiszącego na białej nieskazitelnej ścianie sterylnego biura. Nie czytał badań o neuroprzekaźnikach. Nie znał klasyfikacji: power words.
Ale wiedział. Że TY to nie tylko słowo. To brama. Do środka. Tam, gdzie siedzisz sam ze swoim własnym gównem i bólem. (nadużywam słowa gówno) Fuck!
I czasem. Tylko czasem. Wystarczy, że ktoś powie TY. CIEBIE. I otwierasz te drzwi. Mówisz o rzeczach intymnych. Może w tym cały sens. Nie w DARMOWYM czy NOWYM, czy LIMITOWANYM. Może sens jest w tym jednym słowie. TY. MY. Które przypomina, że istniejmy. że ktoś Cię widzi. Że nie jesteś niewidzialny.
Ragnarze! Dziękuję ci, za to, że mnie zobaczyłeś. Obiecuję, widzieć innych.
Słowa mają moc.