zanim zabraknie paliwa…

(długi trochę, więc czytaj jak masz czas przybyszyu :) 12 min

Niemożliwym jest stwierdzenie, kiedy dokładnie powstało wspomnienie.  Chyba, że na zdjęciu ktoś niezgrabnie zapisał datę.  Chociaż zdjęcie samo w sobie nie jest wspomnieniem. Pojawia się gdzieś pomiędzy. Fotografia może jedynie je przywołać. Jak zapach spalonych tostów, o których zapomniałeś/aś.

Większość z nich to kłamstwa. Czule przechowywane w zawodnej pamięci. Kora dodaje kolory, których nie było, usuwa ludzi, kontekst, nastrój. Tworzy narrację. Wspomnienia rosną. Mutują. Żyją. I bledną. Umierają. 

Czasem dosłownie je czuje. Mocno. Żadne zdjęcie, żaden świadek. Żadne dowody. Tylko ja i ta chwila, ten zapach, ten błysk. Wiem to. Czuje, że pamiętam. Pamiętam, że było dobrze.

Zastanawiałem się, jakie mam pierwsze wspomnienie związane z moim ojcem. Co pamiętam i co będę wspominał, jak go zabraknie. W natłoku zdarzeń i zawirowaniach zakrętów codzienności, nie myśli się zazwyczaj o bliskich, o rodzinie. Dopiero w sytuacjach nieprzewidzianych, jak choroba czy śmierć, zatrzymujemy się i myślimy o osobie, którą kochaliśmy. Wtedy jest już za późno, by powiedzieć jej o tym, ile dla nas znaczyła i podziękować za to, że była dla nas obecna, bo przecież ona to wszystko wie. Wie? Zawsze ten sam błąd. Myślimy o martwych, nie o żywych.  Zajęci budowaniem własnego życia nie dostrzegamy, że kończy się inne.

Zamykam oczy i staram się przywołać obrazy z pamięci. Przewijam.  Zaciskam powieki i skupiam się, jak najlepiej potrafię, by przywołać pierwsze wspomnienie z ojcem. Takie klarowne, pełne i czyste. Nie jakieś wyobrażenia i naleciałości z opowieści matki czy innych. Takie niezachwiane wspomnienie, które pamiętam dokładnie. Obraz, zapach, cokolwiek, ale prawdziwe, wyryte w czasie na mojej szarej niedoskonałej korze.

Zawsze zastanawia mnie, jak ludzie pamiętają te wspomnienia, które mieli w wieku paru lat. Kurwa! Trzech lat? Serio? Czy oni naprawdę pamiętają? Czy przypadkiem to nie jest jakaś hybryda wspomnień mglistych i opowieści czy może szum? - wygenerowany? Wspomnienie o wspomnieniu?  „Pamiętam, jak miałem cztery lata…” - bullshit! Czy to nie jest przypadkiem chęć posiadania takich wspomnień, by nasze backstory było ciekawsze? Byśmy okazali się bardziej interesujący dla innych. Pamiętam? Czy je stworzyłem? Zaadoptowałem? „Ojciec cię wtedy trzymał i ….” I kora dorysowała resztę. Dodała zapach, ciepło i ruch. Stworzyła film z pojedynczej klatki. Jak AI. Noszę je teraz jak jakiś  skarb. Ale czy to moje? Czy tak ogóle było? Chuj.

To jest bardziej przerażające niż utrata wspomnień. Bo tracisz coś, czego może nigdy nie miałeś.

Kawa. Czarna. Nalewam.

Ja z ojcem i słupiek od ogrodzenia.

Zaciskam powieki  jeszcze mocniej i wystawiam twarz do słońca, które łaskawie zagląda. Wchodzę w ten rzymski pokój wspomnień. Czasami są chwile, kiedy zapach powietrza lub jakieś okoliczności sprawiają, że nagle sobie coś przypominasz. Olśnienie. Deja vu - jak to się pisze? Dejażu? De ja wu? Nieważne. Starsi powiadają, że im starszy jesteś, tym więcej pamiętasz obrazów z przeszłości, z dzieciństwa. Za to masz ogromne deficyty pamięci  z dniem poprzednim. Nie wiem co lepsze.

Chciałbym napisać, że pamiętam to zdarzenie. Piechcin- za górką — puszczałem z ojcem latawiec. Chciałbym. Ale jak mam być szczery, to nie wiem, czy pamiętam to z opowieści matki czy ojca. Wciągam powietrze i myślę o tamtej chwili. Nic. Zero jakichkolwiek szczegółów. O wróć! Pamiętam, że latawiec zbudowaliśmy sami. Pamiętam jego konstrukcje i szary papier, szorstki oraz linki naciągnięte na szkielet z cienkich listewek. Pamiętam to! Tak i ogon dorabialiśmy taki z kokardkami z krepy. Dziwne, że akurat to. W zasadzie nic nieznaczący detal. Nie pamiętam twarzy ojca z tamtego dnia, pogody. Latawiec w ogóle poleciał? Szary papier i linki. No kurwa! Mać!

Wydaje mi się, że mam takie wspomnienie — że bawię się z ojcem takimi małymi plastikowymi wywrotkami, na które nakładamy jakieś klocki. Siedzi ze mną na dywanie w naszym małym mieszkaniu w Piechcinie i udajemy dźwięki ciężarówek. Brum, brum. Pamiętam dokładnie te klocki. Mówiliśmy na nie: długaski. Pamiętam też kaflowy piec stojący w rogu dużego (jedynego) pokoju, na którym zimą przykładałem rozwijaną szachownicę, która po podgrzaniu wreszcie była prosta i można było grać w szachy. Były też duże plastikowe figury. Ojciec uczył mnie wtedy grać. Uwielbiałem to do tego stopnia, że zamęczałem go prośbami o kolejną partię.. Pamiętam też sylwestra i wspólne oglądanie telewizji (neptun - nasz pierwszy telewizor). Nie wiem dlaczego, ale telewizor był w kuchni i stał na lodówce może dlatego, że słabo odbierał. Ojciec co chwila poprawiał antenę i walił pięścią,  by obraz nie śnieżył. O dziwo - pomagało. Fizyka lat 80-tych! Był też biały kot przybłęda. Ojciec ma słabość do kotów, znalazł go na podwórku i  zabrał do domu. Pamiętam, że był biały. Brudnobiały pewnie. I narty niebieskie pamiętam!!!  Dostałem je pod choinkę, nawet czuję zapach tej zimy. Narty były niebieskie ze skórzanymi zapięciami na zwykłe buty. Zjeżdżałem na nich z małej górki przed blokiem. Pani Popiołkowa czy Koziołkowa, obsypywała nam te górki popiołem a nasi starzy w nocy potajemnie wylewali miski wody byśmy mieli radochę dnia następnego. Te narty pamiętam dokładnie. A i kłótnie z kuzynem Szymonem o piłkę też. Chyba nawet się wtedy pobiliśmy. Płacz na pewno pamiętam.  A piłka była nie byle jaka. Biedronka. Nożna. Skórzana. Respekt na boisku murowany.

Dlaczego pamiętam przedmioty? Dlaczego nie pamiętam tego co ojciec mówił? Czy się śmiał, jak nieporadnie jeździłem na nartach? Przedmioty nie kłamią. Narty były niebieskie. Plastikowy koń szachowy. Piłka. Reszta jest mgłą. Może właśnie przez nie pamiętam ojca. Jego obecność. Cierpliwość przy szachownicy. Niebieskie narty. To jest mój ojciec. To też wspomnienie?

telewizor Neptun , z tyłu - dlaczego robie krzyżyk palcam? : )

Nie pamiętam rozmów z ojcem i takiego zaopiekowania. Nie pamiętam, żebyśmy rozmawiali o moich problemach lub żeby mi przekazywał jakieś swoje przemyślenia o życiu. Pracował i był młody. Sam odkrywał, czym jest życie i dbał o rodzinę. Zapierdalał. Nie było czasu na filozofowanie. Trzeba było zarobić. Nakarmić. Ogrzać. Reszta jak czasu starczy - poźniej. Albo wcale. Z wczesnego dzieciństwa — tak naprawdę nie lubię tego zwrotu — wykreślę go. Nie pamiętam za wiele.

Matka wspomina, że śpiewała i gadała do mnie wierszem. Zabijcie mnie!  Nic nie pamiętam. Stado para siwych koni… śpiewała - zawsze to wspomina. To po mnie masz zdolności aktorskie! Dumna rzecze. Nawet nie zaprzeczam.  Gdzieś mam te wszystkie dyplomy z konkursów recytatorskich, ale tak- nie było na mnie mocnych. Wygrywałem. Wszystko.

Przedszkole też pamiętam — wielki aluminiowy garnek z wielką pokrywką jak średniowieczna tarcza i powyginaną hochle. Smak herbaty, którą nam podawali z tego gara, jak byliśmy na dworze, pamiętam doskonale do dziś. Metaliczny posmak. Lekko słodki. Nie pamiętam za to babci, która odprowadzała mnie do przedszkola. Nie pamiętam leżakowania. Nie pamiętam, że zawsze byłem odbierany jako ostatni. Pamiętam natomiast — ale to już później — jak ukradłem koledze szkaplerz. Tak się kurwa świecił! Był ze złota - tak mi się wtedy wydawało - i miał fajny łańcuszek.  Zabrałem go, bo chciałem go mieć. Chciałem, wziąłem, zajebałem. Afera na cały Piechcin. Ojciec kazał oddać. Pamiętam, że nie krzyczał. Śmiał się.

Fragmenty. Przypadkowe. Niespójne. Herbata z przedszkola. Szkaplerz nie ze złota. Wstyd i aluminiowy garnek ze średniowieczną tarczą zamiast pokrywki. Co jest kurwa?! Może ja mam jakąś inną korę?

Pamiętam również mieszkanie babci i dziadka. Jego układ. Dziadka pamiętam, jak siedział na czwartym piętrze przy oknie, i widok za oknem — pola, które ciągnęły się po horyzont ze zbożem pamiętam. Po prostu siedział. Lubił się gapić w to pole. I czerwone okleiny poręczy na klatce schodowej. I to, jak zbiegałem z czwartego piętra, ślizgając się po schodach. Uwielbiam to! Jeden z momentów w życiu kiedy czułem, że naprawdę latam. Zero ograniczeń! Grawitacja nie istniała!  Schody były tak wyślizgane przez dzieciaki, że naprawdę ledwo co je dotykałem, frunąc. Ja latam! Z czwartego piętra na parter w 12 s! Chyba muszę kiedyś sprawdzić, jak to było. Budynek stoi nadal. Wkoło drzewa, które posadził dziadek. Piękne. Duże. Wyrosły, ale Mariana już nie ma.

ja z flaszką. W butli orenżada. Pamiętam te czapkę. Jej kolor. Niebieski.

To obsesja na puncie prawdy co było, a co nie!  Myślę teraz dalej ( wchodząc w to jezioro rozmyślań)  to nie ma w ogóle znaczenia! Dla kory to nie ma znaczenia! Prawdziwe wspomnienie i fałszywe działa tak samo. Ta sama reakcja chemiczna. Ta sama tęsknota. To samo doznanie. Bo jeśli fałszywe wspomnienie sprawi, że poczujesz się lepiej to pierdolić prawdę. Chyba gdzieś to słyszałem.  Bukowski?

Pamiętam też fiołki w parku, które pachniały tak intensywnie, że czuję je jeszcze teraz.  Fiolet wbijający się w nozdrza. Park był ogromny a drzewa magiczne, wielkie jak sekwoje.  Teraz ten park wydaje mi się śmiesznie mały.  Park się skurczył czy ja urosłem? Gdy masz niecały metr wzrostu, świat jest jakby większy. Była tam też muszla koncertowa i fontanna — to dokładnie pamiętam.  Wydaje mi się, że pamiętam nawet, jak dotykałem tej figury z betonu,  ryb z wielkimi łuskami, które czułem pod palcami. Mokre od wody. I to, że, biegałem po muszli, drąc mordę  jak szalony, odkrywając czym jest echo. Pamiętam tylko siebie. I łuski. Ryb już nie ma, a piękna drewniana muszla koncertowa zniknęła na rzecz nowoczesnego gówna. Echo jakby inne.

Jak bardzo realne może być wspomnienie? Ojciec pewnie ze mną tam był, ale nie pamiętam.

Muszla koncertowa, fontanna, ryba i ja.

Tu darłem mordę.

Od prawej: Ula, Rysiek i ja na kolanach. Kto obok? Nie wiem.

Co jeszcze pamiętam? Pamiętam moment wyprowadzki z Piechcina. Jak kumpel przybiegł dać mi kasę z książeczki SKO. Cały mój hajs. (miałem jeszcze skarbonkę) Przybiegł, dał. Pożegnaliśmy się. Nigdy go już nie spotkałem. Pamiętam tę niewygodną okrytą  grubym kocem kanapę w kabinie ciężarówki, gdzie siedzieliśmy wszyscy razem. Cała rodzina w jednej kabinie. To była wyprawa. Coś niezwykłego. Tak to zapamiętałem. Zapakowaliśmy dosłownie wszystko. Nawet te wielkie meble, którymi ojciec przedzielił kiedyś nasz jedyny pokój na dwie części. Dykty z tyłu -  pamiętam jak wyklejaliśmy je plakatami. To był mój pierwszy własny pokój. Nawet jeśli z dykty. Ale MOJA przestrzeń. Moja. Wszystko wydawało się wtedy takie ekscytujące i mroczne – w nocy szukaliśmy naszego nowego domu na jakiś czas bo kierowca ciężarówki zabłądził. W Siedlicach.

Ojciec z matką czekali wtedy na mieszkanie zakładowe. Ojciec nie chciał już być osobno i mieszkać w hotelu robotniczym, więc nas sprowadził i wynajął dom jednorodzinny w niedalekiej odległości od Polic., blisko do roboty i do szkoły.  Aż niewiarygodne, jak sobie  przypomnę, że chodziłem 4 km pieszo sam do szkoły podstawowej numer 8 przez las.  Sam kurwa.  Ale powroty zawsze z ojcem.  Czekałem na niego jak wracał z pracy i razem wędrowaliśmy przez las do domu. On z pracy ja ze szkoły. Nie pamiętam o czym rozmawialiśmy. Może milczeliśmy. Ale razem. Pamiętam to uczucie. Że czekam, że wraca, że idziemy razem.

Hotel Chemik. Pamietam jak byłem u Ryśka na wakacjach, w blaszanym ogromnym hotelu zakładów chemicznych w Policach. I pamiętam, że kupił mi wtedy papierowy model łodzi podwodnej. Sklejaliśmy go butaprenem. Palce ujebane w kleju, do których przyklejało się wszystko, tylko nie części łodzi.. I te korytarze hotelowe!  Można było grać w piłkę i się zgubić. Nieskończone tunele. Idealne do zabawy.  Nawet wiem, za którym zakrętem tych długich tuneli  mieszkała ciotka z wujkiem . Ojciec ich ściągnął do Polic.

Ściąga rodzinę, bo nie chce być sam. Czeka na syna po szkole. Wracamy razem przez las. Sklejajmy papierową podwodną łódź, która nigdy się nie zanurzy. Nie ma za dużo rozmów, filozofii. Jest OBECNOŚĆ. Najpiękniejsze wspomnienie. Nawet jeśli bez słów.

Ojciec Rysiek :)

Pamiętam, jak ojciec robił czekoladę i cukierki z cukru. Dziwne. Doskonale pamiętam smak. I to, że była, mimo iż nie było. Jak robił dla nas smurfy odlewane z ołowiu, które wspólnie malowaliśmy. Tata Smerf. Smerfetka. Ważniak. Jak uczył mnie toczyć drewniane figurki na małej tokarce w piwnicy i wreszcie jak uczył mnie jeździć na rowerze  w piwnicy.  Tak kurwa. W piwnicy i czego ryjesz?! Korytarze były tak wąskie, że nie mogłem się przewrócić. Geniusz! Jedyny problem był z zawracaniem. Pedałowałem. Ściany mnie asekurowały. Ojciec patrzył. Na marginesie: zajebali mi te kolażówkę. Brązowa była z przerzutkami. Piękna. I ktoś ją zapierdolił. W zasadzie się nie dziwię. Szkaplerz też mi się podobał. Więc go zabrałem.

Ojciec robił. Nie gadał. Nie rzucał słów na wiatr. Co mógł to robił. Uczył. Budował. Był. Czasem lepiej odlać smurfa z ołowiu, niż powiedzieć: kocham Cie. Pamietam! Formę zrobiliśmy z gipsu w starej plastikowej mydelniczce. Czad!

W ogóle nie pamiętam, żebym z nim jeździł rometem. Ciągle to wspomina jak jeździliśmy do Inowrocławia. Ja ani chu chu. Dupa nic. Chyba nawet mam jakieś zdjęcie. Podczas przeprowadzki sporo się ich zawieruszyło. Szkoda. Teraz, w ogóle o to nie nie dbamy, bo wszystko cyfrowo - no limits. Rodzice często to wspominają, że brał mnie na bak i jechał do swojej matki do Inowrocławia. Czy był pogoda, czy nie. Otulony w folie śmigałem w deszczu i innych ciężkich warunkach. Genowefy w ogóle nie pamiętam. Szkoda. Była za mną całym sercem. Babcia była cudowna – tak mówią ojciec i matka. Nie było jej już na mojej komunii. Pamiętam fotografię babci. Nie babcię.

Dziadek Tadeusz to inna bajka – zimny, wycofany, nieprzyjemny. Z nosem jak Garganel. Czułem się zawsze gorszy, jak spędzałem z nim czas. Nie powiedział nic złego. Czułem ten dystans, ten chłód. Właściwie miał problem z moim ojcem. Chyba go nie kochał? Za to pokochał Jadwigę, swoją córkę.  Zimny skurwiel z nosem jak Garganel? Który nie kochał swojego syna? A może nie poznałem go dobrze? Nie było okazji  ani przestrzeni? Może nikt nie nauczył go kochać? W lini prostej idzie to w nieskończoność. Z ojca na syna, z syna na wnuka. Schemat. On nie nauczył ciebie, ty nie nauczyłeś mnie a ja nie potrafię nauczyć ciebie.  - pojebane zdanie - chociaż ja nie mam kogo nauczyć. Dziadek Marian to co innego. Człowiek złoto. Marian był dobry. Potrafił być. I gdzieś tam, między tym wszystkim, mój ojciec w kuchni kręcący czekoladę dla swoich dzieci. Jednak sztos.

Chyba nawet mam jakieś zdjęcie.

Tadeusz i Genowefa i ja.

Nie pamiętam, czy kiedykolwiek ojciec mnie uderzył. Podnosił głos - może. Wkurzył się nie raz, ale nigdy mnie nie uderzył. Za to matka raz mi przypierdoliła. W podstawówce, jak nie chciałem się uczyć. Chciała mi spalić tornister i książki w piecu. Dostałem w łeb, przywaliłem ustami w kant stołu. Poleciała krew. Od tego czasu ogarniam naukę. Nie było ze mną problemu. Strach zadziałał. To był jedyny raz. Jedyny. W czasach, kiedy nikt nie gadał o psychice dziecka, psychologi i tarumach.  Kant drewnianego stołu i wkurw  kochającej matki, nauczył mnie więcej niż tysiące słów pierdolenia o tym, dlaczego nauka jest ważna. Wychować. Przeżyć. Nauczyć. Przetrwać. Że w ogóle to się udało. Mieli po 19 lat, jak się urodziłem.  Spalić tornister? Serio? Bawi mnie to.

Zawsze lubiłem zimę.

Matula mnie ciągała.

Pamiętam też nasz wyjazd wakacyjny w góry. Do Przesieki. Byłem jeszcze wtedy jedynakiem. Pamiętam to bardzo dobrze – a dokładnie moment jak wchodziliśmy do pokoju na kwaterze i matka dała mi takie małe ciasteczka bebe. To pamiętam. Dziwne rzeczy człowiek jednak zapamiętuje. Gdy widzę je w sklepie - te ciasteczka - odrazu czuję tamto powietrze. Pokój czuć było wilgocią, ale lekko. Magia. Wehikuł czasu. 

Górskie wakacje. Kurwa mam sandały :) widzicie? : )

Chyba mogłbym mieć więcej wspomnień z ojcem. To nie jego wina. Sam był dzieckiem, kiedy ja pojawiłem się na świecie. Jego relacje z ojcem były chłodne i zdystansowane. Do tej pory pamietam co mu powiedział jego ojciec: „tu mi Katus wyrośnie jak CI się uda”  Ojciec roku, kurwa.

Ja nie widzę często oczywistych rzeczy. Przemykają w tunelu codziennych spraw, które wydają mi się najważniejszymi w tym momencie, a nie są. Ojciec jest chory. Zapieprzał całe życie. I teraz ciało mówi: dość. Przykro mi. Jakieś dwa lata temu miał zawał serca. W pierwszej chwili nic nie poczułem. W drugiej zjechałem z drogi, bo jechałem autem i się rozpłakałem. Ze go już nie zobaczę. Wszystko skończyło się dobrze. Ale kiedyś nie będzie dobrze. Chciałbym z nim porozmawiać, ale tak, aby się otworzył. W zasadzie nigdy tak nie rozmawialiśmy. Nie wiem, co ma w sercu, w duszy – co myśli, o czym marzy, co się udało, a co nie. Nie wiem, czy prowokowanie takiej rozmowy jest dobre. Lepiej nie otwierać tych drzwi.

Znam jakieś fakty: jaki kolor lubi i że uwielbia schabowe. To żadna wiedza. Człowiek powinien wiedzieć o drugim człowieku więcej to, o czym marzy, czego pragnie i jak postrzega świat. Kim jest i kim wolałby być. Jakie jest jego największe marzenie, wola. Co jeszcze chciałby przeżyć? Odkryć. Czy jest happy? Nie wiem tego o własnym ojcu. Czas ucieka.

To też spierdolina, że teraz o tym piszę zamiast z Tobą porozmawiać tato.  „Tu mi kaktus wyrośnie, jak Ci się uda.” Udało ci się tato. Wyrosłem. Wyrośliśmy.

Wzruszył się, jak dałem mu moje stare auto. Spał z kluczykami jak dziecko z wytartym pluszakiem bez jednego oczka. Nie wiedziałem, że będzie taki happy.  Czułem tę radość i wdzięczność. Nie za kupę metalu na czterech kołach - ale za gest.

Nigdy nie byliśmy nigdzie sami. W zasadzie fajnie by było pojechać na parę dni gdzieś wspólnie, wypocząć, zjeść razem śniadania i obiad, spacerować, pogadać, powspominać. Nie robić nic specjalnego. Tylko być. Zawsze te wymówki. Czas. Pieniądze. Kurwa! Zaczynam doceniać święta i Mariana, który trzymał całą rodzinę za ryj. Jakąś czułość się czuło w tym. Coś, co dziś się rozpływa w szarej cyfrowej codzienności i pędzi za ogonem. Wszyscy razem, przy stole. Bez gadania -wszyscy mają być - tak zarządził Marian.. Śmiech, jedzenie. Święta kurwa. Przynależność. Rodzina.

Ojciec dziś wyglada słabo. Zmęczony, chory. W zasadzie nie widzę iskry. Widzieliśmy się teraz na wigilii. Trochę jakby skończyło mu się paliwo. Jak rakiecie co spala za dużo przy starcie. Paliwo się kończy a jeszcze trochę drogi jest by wlecieć na orbitę. Dzielimy się opłatkiem , właściwie nie musi nic mówić widzę jego kochane oczy. Tam jest wszystko. Zmęczenie, miłość, wdzięczność, że jesteśmy i może strach przed tym co będzie.? Lecimy. Może bezwładnie, ale nadal to lot. Ojciec przytula matkę. Dzielą się opłatkiem. Mieli fart, że trafili na siebie. Pasują.

Teraz jeszcze jedno sobie przypomniałem, jak zabrał mnie do szpitala i oglądaliśmy Matkę i moja siostrę Katarzynę przez monitor. Ula uśmiechnięta. Ojciec szczęśliwy. Katarzyna ryczy. Pamiętam, jak nie mogliśmy odjechać po wizycie i sterczeliśmy pod oknem szpitala, w którym Ula pokazywała, unosząc do góry jego córkę. Naszą Kasię. Ten moment pamiętam. Może niedokładne obrazy i szczegóły - ale, to co nas przepełniało. Czułem, ze rodzice są szczęśliwi.  Sterczeliśmy tam jak idioci. Patrzyliśmy w górę. Stałem obok ojca i miałem zaledwie 7 lat a pamiętam to uczucie bardzo dobrze. Yes! Lubie to wspomnienie. Czyste. Bez przedmiotów, bez detali. Tylko uczucie. Że będzie dobrze. Że mamy czas. Ojciec z pełnym bakiem i iskierkami w oczach. To wystarczy. 

O dziwo wiem, gdzie to zdjecie zostało zrobione. Na dworcu w Piechcinie. maiłem chyba tylko sandały :)

Ojciec robi fotke: )

Jeśli to, co mówią, to prawda, że człowiek zaczyna przypominać sobie więcej  z życia poźniej, to tych wspomnień będzie więcej. Czekam.

Nagle przypomniałem sobie,  jak z ojcem zrywałem gruszki i jabłka. Najlepsze, jakie jedliśmy. Nigdy tej chwili nie zapomnę. Może to , że człowiek się zatrzyma i zaczyna rozmyślać powoduje, że wspomnienia napływają?

Wspaniały czas. Jabłka i gruszki. Dzikie.

Jakoś tak usiadłem dziś i pisałem. Od myśli co pamiętam związanego z ojcem, wspomnienia, chwile. Kawa zimna. Słowa zapisane. Ojciec gdzieś daleko. Z kochanymi oczami. Pustym bakiem. Dryfujący. Nieznajomy. Mój.

A mógł nie być. Mógł spierdalać jak wielu innych. Mógłby być zimny jak Tadeusz.  Ale nie był.  Zapierdalał całe życie. Żeby było co jeść Żeby była mortadela. Żeby były niebieskie narty. Żeby był dom. Dach. Ciepło.  Smerf. Bezpieczeństwo. Nigdy nie wymagał wdzięczności. Podziękowań. Po prostu był. Robił. Budował. Czekał po szkole. I ja też może nie umiem wprost. Ale piszę, a to już o krok dalej. O krok dalej od milczenia.

Dziękuję, że jesteś. I że mam wspomnienia, w których jesteś, może nie wprost, ale zawsze. Zawsze ciepło, zawsze czule.

Dziwny ten wpis. Dryfowałem. Ale lubię.

Ojciec. Rysiek. No lubię typa: )

Previous
Previous

no words

Next
Next

Człowiek może się jebać?