trzy siostry

W zasadzie nie wiem, co tu robię. Siedzę w pustym pokoju bez ścian. Szuram ulubionym kapciem o drewnianą podłogę, sprawdzając, czy istnieje. O dziwo, nie słyszę dźwięku. Wstaje i celowo mocniej szuram krzesłem. Stąpam. Nic. Kompletna cisza. Podłoga pochłania dźwięk jak czarna dziura.

W rogu - zegar. Tani,  okrągły, drewniany. Stary. Wskazówki poruszają się wolniej niż zwykle. Mam dziwne wrażenie,  że zwalniają. Jakby miały za chwilę się zatrzymać.

Na ścianie: mucha. Siedzi tam od tygodnia. Godziny? Nie rusza się. Ona obserwuje mnie - a ja ją. A może to tylko plama? Plama na ścianie pokoju  bez ścian?

A w kącie od dłuższego czasu, którego nie pamiętam, ktoś siedzi.  Dziwne. Nie przeszkadza, po prostu jest. Czuje tylko czyjąś obecność. Jest: a jakby nie było.

Pudło.

Tak o tym myślę. Nie mieszkanie, nie pokój. Pudło. A ja w środku.

- Puk, puk!

- Co do cholery? - Nie ma drzwi, nie ma ścian.

- Puk! Puk! Puk! - niecierpliwie.

- Kurwa, kogo to niesie?! - myślę.

- Proszę! - wrzeszczę.

Bez klamki, bez ścian, wyłania się ona. Wchodzi. Wygląda jak babcia z przedwojennego zdjęcia. Twarz pofalowana, niebrzydka nawet. Skora popękana jak gliniany garnek. Oczy zapadnięte, wyblakłe z koloru. Siwe? Czy niebieskie? Włosy przerzedzone  tak, że widać białą cienką skórę głowy. Ręce spuchnięte, powykręcane. Na prawej dłoni, wielka brązowa plama. Wygląda tak, jakby ktoś przed chwilą wylał na nią kawę. Nogi cienkie, krzywe.  Pantofle taki filcowe, widać, że schodzone . Człapie do mnie.  Siada na krześle, którego wcześniej nie było.  Rozsiada się jakby była u siebie. Poznaje ją. To: Starość.

- Zrobisz herbatę?

Nie czekam. Idę do kuchni, której nie ma, a jest. Czajnik stoi już na gazie. Jak to? Woda kipi. Zalewam dwie szklanki, takie wiesz z koszyczkiem.  Stawiam na stole. Ona bierze swoją. Jej dłonie drżą.

- Myślałem, że ona przyjdzie pierwsza - mowię i rozglądam się za cukrem.

Starość uśmiecha się, choć nie powinna.

- Śmierć? - pyta - Często ja idę przodem. Ona zresztą nie puka. Wchodzi bez pytania, jak do siebie Ja tylko przygotowuję grunt. Jestem inna. 

- To chyba lepiej? Co?  - słodzę dwie chyba. Mieszam, nie słyszę dzwonienia o szkło.

- Ani lepiej, ani gorzej. Inaczej.

Pijemy herbatę. Ona pije gorzką ja słodzoną. Patrzę na jej stare powykręcane palce.

- Boli?

- Zawsze - odpowiada - Kolana, biodra. Kręgosłup. Ciało jest jak zardzewiały zużyty łańcuch. Wszystko siada, każde ogniwo. Powoli. To takie oswajanie.

- Oswajanie czego?

- Końca. Nieuniknionego. To tylko proces znikania - ale rozłożony w czasie.  

- Ale po co?

- Żeby ci było lżej, gdy przyjdzie czas. W zasadzie będziesz tego chciał. Będziesz chciał zniknąć.

Siedzę i patrzę na ten tani zegar. Jakby głośniej tyka. Ona wpatrzona w lustro herbaty, milczy przez chwilę. Niezadowolona z tego co widzi.  Zapomniała, po co tu przyszła? Po chwili odrywa wzrok i pyta:

- Pamiętasz, jak byłeś dzieckiem?

- Ta, pewnie.

- Nie kłam! Pamiętasz jak byłeś dzieckiem, ale nie pamiętasz, co czułeś. A to wielka różnica.

Ma rację. Nie rozumiem, dlaczego się uniosła. Pamiętam niebieskie narty, smerfy z ołowiu, latawiec. - tyle.  Prawdą jest, że nie pamiętam co czułem.

- To moja wina. - popija herbatę.

- Twoja?

- To ja je zabieram - siorbie głośno - Zabieram te uczucia. Nie zabieram pamięci, wspomnień, obrazów. Po prostu wysysam je wszystkie z uczuć.

- ? 

- Żeby ci było łatwiej to wszystko zostawić.

Dopija herbatę. Wstaje, a krzesło znika, gdy tylko na nim nie siedzi.  Postać w kącie lekko się poruszyła, zaniepokojona. Jakby chciała wstać, ale jakaś siła ją powstrzymuje.

- Już się nie zobaczymy  - Starość wyciąga do mnie rękę i patrzy mi prosto w oczy.

- Jak to?  -  nie mogę oderwać wzroku od tej plamy kawy na jej dłoni. Ściskam kościste palce. Nawet ją polubiłem. Ona znów się uśmiecha - choć znów nie powinna.

Zostaję sam. Nie, nie sam. Jest mucha i w kącie ktoś kto jest - nie mruga, nie oddycha, ale żyje.  I jest jeszcze ten tani zegar, który kłamie.  W pudle, czas nie istnieje, więc po cholerę mi ten zegar?

Nawet nie wiem kiedy, a  ona już siedzi przede mną. Też jak u siebie. Bez słowa nalewam herbatę. Dla niej. Dla siebie. Dla nas.

- Myślałem, że przyjdziesz pierwsza.

- Dawno nie byłam w takim miejscu - mówi, rozglądając się bezczelnie.

- Jakim?

- Pustym. Większość ludzi napycha swoje pudła po brzegi. Wszystkim, co się da. Ty masz tylko muchę i zegar.

- I jeszcze  ją  - dodaję, patrząc w kąt.

- Dobrze, że ją dostrzegasz- mówi - Większość  z was nie dostrzega jej wcale. Nie chce jej widzieć. 

Nie posłodziłem herbaty. A przecież lubię.

- Boją się mnie. A ja tylko zamykam drzwi. To nie ja decyduję, co było w pudle.  - jakby chciała się usprawiedliwić. 

- Wiem.

- Wiesz?

- Starość mi powiedziała.

Kiwa lekko głową. Popija herbatę. Nie wygląda jak w filmach. Wygląda jak kobieta po czterdziestce. Twarz zwyczajna, płaszcz szary. Nie ma kosy, nie ma kaptura. Włosy krótkie, czarne Spokojna, chłodna. Oczy tylko takie dziwne. Jakby martwe.

- Jestem końcem i po mnie nie ma nic. Nawet pustki nie ma. 

- A co z tymi, co zostają?

- Co z nimi ?

- Czy oni pamiętają?

Patrzy na mnie długo. Herbata jakby zimna.

- Na początku tak. Potem mniej, potem wcale. I w końcu nikt nie wie, nikt nie pamięta, że byłeś.

-  Smutne.

- To i tak  bez znaczenia.

Śmierć  spogląda na zegarek. Wcześniej go nie miała? Mały zgrabny. Elegancki. Niezawodny. 

- Trzeba iść. - wzdycha znudzona. 

- Już? A po co się spieszyć? 

Ona wstaje. Ja nie chcę, ale widzę, że już stoję.

- Została jeszcze herbata!  Na ostatni łyk!

Śmierć nie słucha, kieruje się do drzwi. Skąd się tu nagle wzięły? Wyraźnie je widzę.  I dlaczego ta postać z kąta stoi tuż za moim plecami?

- A gdzie trumna? - wystrzeliłem. 

- Trumna? - powtarza - nie ma trumny. To tylko drewniane pudło, które zakopujecie. Żeby się wam wydawało, że coś zostało. Czy mi się wydaje, czy ona się uśmiecha pod nosem? 

Drzwi, a za nimi nie mrok, nie światło. Nic. Po prostu nic bez końca.

- Tam przecież coś musi być! - prawie krzyczę. Pytam?

- Nie. Zapewniam. 

- To dokąd idziesz?

- Nigdzie. Wychodzimy z tego pudła, którego nie ma.

- To moje pudło! Moje życie! 

Patrzy na mnie. Powieka nawet nie drgnie.

-Oszalałeś? Wydawało ci się tylko. Nie ma różnicy między życiem, które się wydarzyło a życiem, które się nie wydarzyło i życiem, które mogło się wydarzyć. Znikają.

- Ty też tam idziesz? - pytam postaci za plecami. Od dłuższego czasu była ze mną, jak wierny pies, towarzysz.  Przyklejona.

- Będę tęsknić- uśmiecha się lekko i obejmuje mnie ramieniem.  czuję spokój. 

- Za czym?

- Za tym, że byłam. Nawet jeśli nikt nie będzie o mnie pamiętał.

Pudło jakby kurczy się. Napiera.  Powoli kończy. 

-Mogę iść z tobą?

- Ale tam nic nie ma! Znikniesz. 

- Nie chce tu zostawać sama. Samotność nie może być sama. Wtedy przestaje być samotnością. Muszę ci towarzyszyć.

- A mucha? Co z nią będzie? Zostań, proszę. 

Rozglądam się po pudle, ale muchy nie ma.  I nagle zrozumiałem.

Pudło to kłamstwo! Życie to kłamstwo! Ja to kłamstwo!

Jestem-ale mnie nie ma. Nigdy nie było. 

Jest tylko herbata w dwóch szklankach. I siostry, które odwiedzą cię zawsze.

Herbaty już nikt nie pije. Zimna. Bo nikt tu nie był. 

Kurwa. Ostatni łyczek! Został. 

- Nie zamykaj drzwi. To pudło nigdy nie było twoje.

Previous
Previous

trzy siostry - game version

Next
Next

winda